Zbrodniomyśl
przepraszam
za powołanie go do życia
nie powinienem powoływać się nawet na samego siebie
a co dopiero słowo
do zycia wiecznego w języku
jesli o nim nie zapomnimy
to trzeba bedzie o nie dbac
pokazywac sie z nim
dbać o jego czystosc
odpedzać od niego wsystkich którzy będą chcieli je wykorzystać
kiedyś spotkamy je na ulicy
i już nas nawet nie pozna
będzie kopulowało w jakiś brudnych ustach zmieniając swoje znaczenie
aż w końcu znajdziemy je napisane na torebce z mcdonalda spływającej rynsztokiem
i poimo wielu prób suszenia i prasowania spłynie: bo pisane było ołówkiem
tak jakby nigdy nie zasłużyło na długopis
wtedy będziemy musieli je pochować
bo lepiej pochować niż łudzić się, ze jeszcze kiedyś wróci
dlatego przepraszam
nie chciałem tego wszystkiego
słowa już nie ma
umarło w chwili kiedy się narodziło
to tylko powidok
przeżyło całe swoje życie, wszystkie znaczenia i konteksty podczas pierwszego wypowiedzenia
teraz to tylko echo
przykro mi, tak bywa ze słowami
w dodatku to jedyne co moglem powołać do życia
i już nie żyje
ewidentnie się do tego nadaje
powinienem zawodowo zając się uśmiercaniem
Uwaga! W ofercie: uśmiercanie słów, marzeń, nadziei. Patroszenie pragnień, podcinanie gardła wspomnieniom i wybebeszanie dobrych zapowiedzi.
To wszystko tylko dziś w promocyjnej cenie jednego sumienia.
Plecy
Dla
Życzenia
uważaj na siebie
nie przejmuj się ludźmi
ucz się pilnie i dbaj o swój interes
pamiętaj zawsze żeby zamknąć okno na noc kiedy burza się zbliża
noś ciepłą bieliznę
nie wracaj nocnymi autobusami
nie rozmawiaj z obcymi i nie dawaj im papierosów
miej zawsze przy sobie zapasowy długopis
licz na siebie i uważaj na facetów
utrzymuj porządek w mieszkaniu
dobrze żyj z sąsiadami
podnoś z chodnika zawsze grosik na szczęście
myj owoce i warzywa przed jedzeniem
pamiętaj skąd jesteś
wracaj tam często
nie garb się
myśl zawsze ciepło o bliskich
wyłączaj komputer na noc
zamykaj wodę i gaz kiedy wyjeżdżasz
nie przechodź przez ulicę na czerwonym świetle
bądź ostrożna
nie pij alkoholu z nieznanego źródła
zawsze zapinaj pasy
patrz w przyszłość
za siebie oglądaj się tylko z uśmiechem
graj w szachy
licz źdźbła trawy na łące
pomagaj niewidomym na pasach
uprawiaj sport
nie rzygaj tęczą
klaskaj w dłonie z radości
nie płacz do poduszki
zawsze miej bilet miesięczny
nie niszcz przyrody
śpiewaj radośnie pod nosem, pod prysznicem
gardź ludźmi
i nie mijaj mnie obojętnie kiedy leżał bedę na ulicy
Smutne
Q
50
Kiedy człowiek umiera to ten gniew idzie w ziemię. Wtedy wybuchają wulkany, bo gniew musi gdzieś znaleźć swoje ujście.
Boje się, boje się, że już tak zostanę. Że nie wrócę już stad. I choć wiem, że im dalej idę tym trudniej wrócić, to ciągle idę. Sam nie wiem czemu...
.
Jeśli eksperyment się powiedzie może to być przełomowe odkrycie mające niewyobrażalne konsekwencje dla całej naszej planety.
O szczegółowym przebiegu ciąży postaram się informować na bieżąco.
Oby, oby. Oby dobra była!
Ale dlaczego, przecież ten świat jest taki piękny, drzewa rosną, kwiaty kwitną, ludzie się ruchają. Czasem sarna puści bąka. Czasem bąk puści sarne. Wszyscy się tulą i kochają jest wręcz zajebiście.
Tylko, że przyjdzie taki moment, że zrobię z tym porządek i na świecie nastanie szczęście bez miłości i pokój bez przedpokoju. Tak będzie!
Ziemia jest zła.
Errata
Pamięci
Widzę czytała, słuchała, może nie moje, ale blisko. O! Nawet wspólnych znajomych miała. Jeszcze ciepła? Sprawdzam, dotykam. Nie już nie. A więc lubię znicza [*]-klasycznego, bądź finezyjnego-{*}, obłego-(*), bądź z dwoma knotami-{"}. Jednak przeważnie klasyka. Ewentualnie, znajomi i bliscy ból potęgują dwukropkiem z nawiasem. Koleżanki z ławki, psiapsiółki, byli chłopcy: trzema i więcej, smutnymi otwarciami nawiasów.
Tutaj zapomniała zrobić wpis. Że idzie, że będzie na pasach, żeby lubić, bo sklep i kotlet, i arbuz, bo lato.
Habababa, to ostatni. Piękna pointa życia. Habababa
U wylotu rzeczywistości
Altruistyczny egoizm.
Żeby nie zabijać strzelam do siebie. Żeby nie krzywdzić, krzywdzę siebie. Jak ojciec matka. Wychowanie to trudna sztuka.
A
Konto
Lubię
Lubie jak lekko tak jest wszystko, jak ciepło i jak miło.
Pijanym być nie lubię. Upijać się lubię. Z miłością, spokojem, tak po prostu, bez zobowiązań.
Kocham Paste i Kubę jak tak...
Nie chce być już smieszny ja chce ruchać.
Nie myl gibkości z wiotkością.
Dłonie będę miał do pleców przywiązane.
Jestem smutnym śmierdzącym, zgniłym jesiennym liściem z którego dzieci kupę jedzą.
Ale co ja mam do twojej palki kiedy ja jestem tu a ona jest tam?
Kolejnej
To nie jest mój stan. Ale słyszałem o nim. Przyzwyczaiłem się. I inaczej nie umiem żyć. To nie jest moje, nie chce tego. Ale to dostałem. To jak stare buty. Przemakają już. Nie grzeją. Ale chodzimy, bo inne się nie sprawdzają. Obcierają. Czasem, nawet z tymi pęcherzami zaprowadzą nas tam gdzie najpiekniej – te nowe. Ale co z tego skoro w raju nie umiemy żyć?
Tej
Wojna
-Wszystkim facetom znajomych lasek tak mówisz?
-Wszystkim. Bo każda zasługuje na szczęście. Życie to wojna, a wygrywa nie silniejszy tylko ten kto ma lepszą strategie.
Komandos
Upiłem się dla zmylenia przeciwnika, ale nic to. Wracam. Przez cmentarz, oczywiście dla kamuflażu, wychodzę, a za mną szacowny jegomość. Nie pierwszej świeżości, ale z oczami jak brzytwa. Odprowadził mnie do domu, zamknął wzrokiem drzwi na klucz i czeka tam pewnie. Może do rana, może ktoś go zmieni. Nie wiem.
Ale to dlatego, że oni wiedzą, że ja mam plan, że o wszystkim już wiem. Ktoś mnie musiał wsypać. Tak to jest, ufa się ludziom, a oni później gwałcą to zaufanie. I rodzą się bękarty nieufności. A jakie to dziecko może być z takiego chuja?
Ja wiem kto to zrobił. Raz tylko jeden powiedziałem, że wiem jak rozwiązać całą tą sytuacje. Na początku śmiał się, później spoważniał, ale ja już wtedy wiedział, że to ze mnie rąk do końca życia nie będzie mógł umyć.
MAK
No i miał też siostre. Taka niewysoka. Ale dziewka, ze hej. Wiecie, taka typowa góralka. Ręce jak bochny nogi jak kajaki. Obszywała mu zawsze kostium taką czerwoną lamówką. On sie niby nigdy nie skarżył, ale ja zawsze wiedziałem, ze nie za bardzo mu się to podoba. Słyszałem, że chłopaki się z niego często smiali, że pedła itd. Stąd pewnie te dziwki. Musiał sobie coś udowodnić. Adam tylko brał go czasem w obronę. Rzadko, bo on zawsze chciał oddać dwa dobre skoki. Ale raz było nawet tak, że Adaśko uderzył chyba mateje, czy kogoś. Ale to już nie mi mówić. Nie byłem, nie widziałem. W każdym bądz razie Klimek mówi, że chce wrócić do wielkiego skakania.
Dzień
Dosyc!Tak dalej nie może być!
Inaczej zujnuje Pan swoje życie.
Amelka poległa
W jakiejś pożytecznej akcji
A ja będę pomagać.
Chce Pańskiego dobra.
Porzućcie te swoje gęby wydumane.
Dosyc!Tak dalej nie może być!
Inaczej zujnuje Pan swoje życie.
Amelka poległa
W jakiejś pożytecznej akcji
A ja będę pomagać.
Chce Pańskiego dobra.
O poranku
Ale nie zmyjesz. Poczekasz, aż wywietrzeje.
Nic śmiesznego
Psy
1/4
Jak nie pije to nie żyje.
Nie żyje, ja żyję.
To wiersz niepedagogiczny.
Pozdrawiam wszystkich czytających to.
Ćwierć idiotów.
Zero siedemset
Wielka wielka
Miłość to wypadkowa dobrych uczynków i gwałtów na duszy.
Pół życia na niedostępnym
Pizza
Ale,ale. Coś mi chodzi po nodze. Niee. Nieeee. Skąd to ścierwo się tu wzięło. Niee. To nie ta bajka!
Uff. Zgniotłem. Pogrzebałem wycierając palec o liść babki. Z tymi mrówkami już nie można wytrzymać. Do dupy człowiekowi by weszły, gdyby tak zwieracze zawiodły. Mamma mia!
Wtedy
Tak
Masowałbym ci szyje, plecy, stopy, ale to po kompieli dopiero. A wiesz, kąpiel to by byla nie lada. Wanna by byla wielka, okrągła, ale wygodna. Stałaby na środku dużej łazienki. Albo nie. Nie mieszkanie na poddaszu. Dom pod lasem na peryferiach. Z poddaszem oczywiście, ale takim niskim. Na dole byłby kominek, w zimie choinka z lasu. W lecie siedzielibyśmy w ogrodzie. Wiesz, tak trochę leniwie, na leżakach, na trawniku. Niedaleko nas byłoby oczko wodne, ta taka nasza leniwa letnia cisza.
Od czasu do czasu przerywałby ją tylko plusk. Delikatny. Plusk z tego oczka, jak jakas ryba ogon ponad powierzchnie wystawi.
Wieczorem, ale to jesienią. Zerwałaby się taka straszna burza. Ogromna. Ucieklibyśmy do domu i jednym ruchem zamykania klamki odcięli od tego wszystkiego.
Raz, też byłoby tak, że poszlibyśmy na grzyby. Oczywiście z naszym psem, który gdzies tam niedaleko nas gonilby za jakimiś ptactwem. Mielibyśmy takie wiklinowe kosze. Nie jakieś wiadra z plastiku! Wiklinowe kosze! Byłaby piękna pogoda. Wcale nie gorąco, ale słonecznie, zza resztki tych jesiennych liści które by zostały na drzewach. Chroniłyby nasze oczy przed tym jednak ostrym światłem. W takim półcieniu zbieralibyśmy nie tylko grzyby, ale całe runo leśne. Jagody, dzikie maliny... Poplamiłabyś sobie swoją ulubioną, flanelową koszulę.
Znaleźlibyśmy też poroże. Jakbyśmy wrócili do domu, to ty poszłabyś zaparzyć herbaty, a ja bym poszedł do takiego przydomowego warsztatu. Takiego z bali drewnianych, zresztą jak i nasz dom. Zrobiłbym podstawkę pod to poroże. Zawiesilibyśmy je później na ścianie, przy herbacie.
Siedzielibyśmy tak. Zmęczeni odrobinę. I pies by już zdążył wrócić. Położyłby się przy nas i tak zasnęlibyśmy na chwilę, żeby odpocząć. Ja bym się obudził trochę wcześniej. Ciebie bym nie budził. Wyczyściłbym grzyby w tym czasie. Później byś wstała, marynowalibyśmy je... Na nitki kapelusze nawlekali do suszenia. Na stole, w kuchni, postawiłabyś flakon. Flakon z liśćmi jesiennymi... Nie spalibyśmy do rana. Tylko księżyc i gwiazdy...
Dop
Czas zwalnia. Żeby dłużej trwało. Najgorszy dodatek do tortur - zwolnienie czasu. Więc chodzę. Myślę, że jak będę chodził to minie szybciej. Jednak nie.
Nie mogę spać, leżeć, siedzieć, stać. Chodzę, tylko chodzę. Sąsiad porwał mi dziecko - zabił. Moje dziecko zginęło! Bo dziecko się nie boi, ja już tylko się boję.
Zabawa życiem-za bardzo wciąga. Nie rozumiemy samobójców swojej głowy.
Przed
Pomału, nieśpiesznie.
Jak maliny latem..
Żeby zostawić upstrzone mankiety.
Myśli się, czeka, czuwa.
Próbuje.
Konsumuje naprędce kiedy już dobre.
Skała
Dwaj. Obydwaj w jednym czasie.
Razem. Wspólnie. Samobójstwo.
Jeszcze śmieszniej. Z klejem poszli.
Na kleju. Po kleju.
Razem. Oni. W jednym czasie.
Śmieszne. Samobójstwo.
Nie musieli w samej chwili.
1
Widoma niewiadoma wdoma.
I poszły harty las! Bigegną! Galopem! Psy galopem! Uwaga!Uwaga Jedzie tramwaj!
I mają go! I duszą! I cisną! Nie puszczą! Nie lizną!
I chłepcze! Chłopcze! Nie chłopiecm!
Nadgryzą tę lukę w głowie. W sercu. Z rąk wypadnie. Drżeć będzie. Drżenie. Ciągłe drżenie!
Tulićtulićtulićtulić. Ciągletulić. Albo nie. Nie, nie.
Laj
Ale nie! Ja nie mogę spać koło ciebie.
Przepraszam. Dzisiaj znowu nie mogą.
Nie myślałem. Myślałem, że nic.
Nie podołałem.
Nainposprowanowinać.Nainposprowanowywanowiwac. Nainsprować. Prowywać.
O co w tym chodzi?
Nagle ruch. Wszyscy wstają, biegają, wsiadają do samochodu. Bohater siada na fotelu kierowcy, a dokładnie na dziadku który na nim już siedzi, a przed chwilą jeszcze grał w karty. Jadą. Nieporadnie. Robią dwa kółka wracają.
Wszyscy znowu siedzą przy stole. Bohater chodzi jak chodził, ale teraz z ogromnym naleśnikiem z którego kapie keczup. Woła pannę młodą i wchodzi do wnętrza pokoju. W głowie odbiera wiadomość od panny młodej. Jest to mail albo sms. Cały czas kapie na niego keczup. Jest już nieźle ufajdany. Wiadomość: „Nie mogę przyjść. Umówiłam się, a poza tym chcę się spotkać. Jak wrócę. Już nie będę.”
Znowu wszyscy wstają, ruch, bieganie, wsiadają do samochodu. Ta sama historia. Tym razem bohater krzyczy: „Heeeeoooheoooooohaaaannnnnooooiuuuuunaaaaaahhhhhhaaaaaooooo.” Wszyscy wracają, siadają do stołu, dalej grają w karty. Bohater wchodzi ostatni. Absolutna cisza. Słychać tylko gesty. Wchodzi dalej do wnętrza ciemnego pokoju, tak daleko jak dotąd nie udało mu się wejść. Słychać dźwięk upadającego, wielkiego kawałka naleśnika na ceratowy stół.
Nagle! Zapala się światło. Chwilowa konsternacja. W tle za stołem z grającymi, stoi mniejszy stolik. Przy nim bohater. Stoi. Na stole mięsisty kawał jego naleśnika w plamie keczupu. On z twarzą zdumioną. Przy stole siedzi człowieczek. Niewielki. Pali papierosa. Ale dziwnego, bo malutkiego z malutkiej paczki. A nie jest aż tak malutki. Wszystko się zatrzymuje na chwilę. Tylko dym ciągle się rusza i kręci. Cisze przerywa człowieczek zwracając się do jednej z osób siedzących przy stole: „Aaaaaa, i wypiłem ci Wojtuś piwo. Chyba nie masz nic przeciwko?” „Nieeee”-odpowiada rozwlekle, ze skrywaną nienawiścią i dezaprobatą dla całej osoby człowieczka. Światło gaśnie. Wszystko zaczyna się od nowa.
M.
Miłość to wspólny zamek z piasku.
To smarowanie się budyniem po twarzy.
To robienie rzeczy których nie wolno, ale z miłości się robi.
This is the end my sister
Ja uciekam, a ona co chwile kąsa mnie w nogę.
W końcu nie mam już siły, upadam.
Jestem spocony, jest mi wszystko obojętne.
Czuje jak odrywa kolejne fragmenty mojego ciała.
W oczach ma wściekłość.
Dzikość.
Krew na twarzy.
Jest ludzka – co jakiś czas pyta czy aby nie za szybko?
Zaprzeczam, bo jesteśmy dobrze wychowani.
Trzoda chlewna rozniosła gnój po całym świecie.
Bzzzz
Lecę. To wszystko pode mną.
Ląduję na środku pustyni.
Z uszu wysypuje się piasek. Zajadam go.
Nie zgrzyta między zębami, jest miękki.
Kocham cię. Tak sobie mówię.
Zabijam pająka. Nie, nie, nie.
Do zobaczenia na ulicy.
Tak wysoki sądzie. To ja wepchnąłem ją pod tramwaj.
Dlaczego? A dlaczego się oddycha?
Następny proszę.
Padam na twarz. Proszę. Szarpie się.
Zabiera mnie, mnie też. Zapomnijcie
To koniec. Za parę lat. Jak Jim Jimi i Janis.
Kocie
Zrobiłem kubek herbaty. Wylałem ją do kwiatka. Kubek posmarowałem masłem i zjadłem. Nie pokroiłem, bo nie mam już sztućców. Strasznie zimną noc mamy. Zapraszam Panią.
O ludziach
Mhm
-Puk puk.
-kto tam?
-znaleziono martwego smoka.
Pik puk, pik pik pik pi piii po.
Poruszyła mnie ta historia, to inna wigilja, zeszłopszeszłoroczna. Psss. Psy koty wieszają na ścianach. umta rumta rumta heeej. -Kierownik! Panie kierowniku! Kobiety wyszł!- powiedział Paski(to tak jak Korki tylko ze Paski).Brrr goraca kobieta. Mmmmm ńńńńńńń
Kokieteria
Sa i chęci, bez potrzeby.
Mała lala, jak pacynka.
Palcem ruszysz kozła fika.
Nie odepniesz jej stanika.
Nie pozwoli miłość boga.
Niech bog ma mnie w swej opiece.
Nie pokocham i nie dotkne.
Skrzywdze, zemnę.
Drzwi zastrzasnę.
Przypuszczam, że cię kocham.
Zupa z niedźwiedzia, naleśniki z lisa, przepaska z wiewiórki i drzewo z jabłka. Raz, siedem, siedem, siedem. Mhm. To już jutro. To było już. Już jutro było. A dziś? Nie, nie wiem. Raz, raz, siedem. Czy coś z nimi, tak, dokładnie ona.
Taaa. Wpuściłem. Dobrze było. Nie, zaraz. To ja przyszedłem. Poszedłem do niej. No i nie było wcale tak dobrze. Tzn. nie. Spotkaliśmy się u jej męża, bo wyjechał, a w domu matka jego była, wiec tak się w domu.
Nie była jakaś specjalna. Prosta, zwykła, inteligentna i z charakterkiem. Przynajmniej dobrze jej było, jak tak o niej myślałem. Ona sama na pewno dobrze nie wiedziała w co my gramy. Graliśmy w meczu o ostatnie miejsce. Kto wygrał - do tego należało ostatnie miejsce. To się nazywa zapał! O ostatnie miejsce!
Zawody piękne. Żadnych kibiców, sędziów, piłek, boisk gierek, tylko taktyka. No, przyznajmy rację – dość ułomna. Ale jak spontaniczna! Proszę państwa, gdyby to wojna była to nie trwałaby nawet godziny, a zginęli by wszyscy. Dokładnie. Najpiękniejsza sprawa w na mistrzostwach mistrzyń.
Focus Hokus Pocus
Ułea.
Lokator
Nie wrócę zamknąć okna.
Pożegnam lokatora.
Z podziemi zrobię podkop.
Mrówkojad mnie połknie.
Zakrztusi się i zdechnie.
Na amen. Na komendę.
Tak moja droga...
Pantera
Gratis
telefonie.
Gratis włożę pistolet w usta
twojego chłopaka.
Gratis. Przecież gratis jest
pożądany.
Jak cień wyśledzę cię błędnym wzrokiem nocą.
Są
Wklepałem wosk w garnitur.
Wyśmiałem pana z wąsem.
Nawet niewiasta mówiąca o
fizycznej przyjemności
Mnie nie rusza.
Unikam głośnych...
Telefonując do nich.
Cieszę się samotności nie dzieląc się nią.
Spokój duszy daje.
Że czemu?
Że duszy której nie ma,
Że życie na kalce odbijane odgryza mi stopy.
Ludzie są nie powinni.
Strasznie
Zaczepiła torebką. Roześmiała się. Przesiadła. Reszta się przesiadła. Zgrali się do ostatka. Oblali.
Kobieta z psem. Jedyna niezależna. Całuje, ale z przymusem. Wychodzi.
Przyszły pedały. Afirmatorzy swojej męskości. Wiadomo, browar, fajka, koledzy. O ja jaki ja jestem męski. Blebleble bleble bleblebleble.
No tak to niemiecka firma. Dobre spostrzeżenie. Jestem wolna siódmego. Mega impreza. Można kopnąć mnie w dupę. Każdy. I ty, i ty, i ty. Nie ma problemu.
Czekam na nią. Nie dzwonie. Nie pisze. Zdając się na przeznaczenie. Spokój nie jest mi przeznaczony.
Śmierdzę, zaciągam się smrodem. Śmierdzę jak wszyscy, ale przynajmniej sam.
Mucha rucha karalucha.
Miłość prawdziwa
Obejmę
Pocałuję
Zgwałcę.
Wytrę ciało ręcznikiem.
Będę liczył na miłość.
Zasnę wtulony w siebie
Śnił będę o sobie.
Rano pocałuje się na dzień dobry
Popatrzę w oczy.
I zrobię wspólną kawę.
Wyjdę do pracy i będę czekał, aż wrócę.
Seks.
Tak
Może jednak oddam? Cicho bo myślę! Ukryję i uśpię, bo przecież kocham.
Maki
Szkło wchodzi powoli, bardzo powoli, pod paznokieć. Zarasta. Na żyły nie działa, bo trzeba w wodzie. Krzepnie.
Na palcu wyrasta kieliszek z rurką szklaną. Tłukę na nowo o ziemie.
Jezus z krzyża schodzi, kropelką krwi skleja. Podaje i mówi: Będzie błogosławione imię moje.
Zabijam go. Nie będzie. Wolność tracę. Nie mam już kogo zabijać.
Wracam. Tłukę lustro. Zapomniałem o makach... Nie będzie ani boga, ani życia.
Kocha się tylko raz
Rozmawiali chwile. Niezręcznie. Niezręcznie rozmawiać z kimś z dziura w głowie i z kimś z piwem w spodniach. Nie przytulił jej bo śmierdziała. On też nie był lepszy. Rana nie chciała się goić. Na stolik nieśmiało kapała żółta wydzielina mieszając się momentami z woskiem świeczki.
Nie powinni byli się spotykać, ale skoro już tam byli postanowili zrobić coś wspólnego. Robili niedługo, może dlatego wyszedł straszny mutant. Owoc miłości. Prawdziwa miłość nie zna granic.
Wyszli trzymając się za dłonie, zostawiając za sobą mokry ślad. W tramwaju ludzie się rozstąpili, żegnali się na ich widok, ustępowali miejsca.
W domu, w jej domu, on zamknął ją w lodówce. Została tam na zawsze. On przychodzi tylko czasem i wącha. Sprawdza czy jeszcze tam jest.
Grzyby
Lubie ludzi... dobrze przyprawionych.
4O
Żadne tak nie smakowało.
Cztery kwiaty podlewałem.
Żaden tak nie zakwitł.
Cztery ciała dotykałem.
Żadne nie zostało.
Cztery razy się kochałem.
Nie zapomniałem.
Stawy
Jelita stwardniały, płuca zjełczały. Trzustkę ktoś skradł, a oczy wysuszył wiatr.
Żebra się pozapadały, skórą poprzykrywały. Język do ucha wpadł. Serce... serca nie było.
Ziemią ciało przysypali po latach drugiego pochowali. Człowiek kochał świat, a świat go zjadł.
W związku
Raz, raz, próba mikrofonu.
W
Nie-ja określa, ale nie stabilizuje. W chaosie dźwięków z zerwana struną. Pod zimną kołdrą i z własnym horyzontem. Ta cisza i spokój. I po co to wszystko. Skoro swojego ma się tylko...
Eksterminacja
Zabija bo krew spływa ulicami. Zmniejsza tarcie walca, ale chlupotu nie słyszy. Apokalipsa Celina.
Wygrałem
Podwójną - z własnym błogosławieństwem.
Stręczycielstwo. Zawód jak każdy inny.
Zysk jak z lokaty długoterminowej.
Oparty na przynależności ciała do ducha.
Przedmiotu do podmiotu.
Moralność gwałtem warunkowana, słowem dysponowana.
Z zadartym wysoko sumieniem, dziurawym od spodu.
Bóg się zakochał w córce diabła, czy diabeł w córce boga?
Błogosławię im! Bo stary ma to w dupie.
Mam cię!
Odwracasz się? I dobrze. Ale teraz ja będę patrzył. Aż popełnisz samobójstwo siłą woli. Zamorduj się!
Niby facet, a to tylko cipa w spodniach. Tak? Niby wszystko okej? Dasz radę? Założymy się? O cztery jajka.
No, ale w sumie fajnie, że tu przyszedłeś. Zdechłbym z nudów. Gówno mnie to obchodzi, że byłeś murarzem w moim wieku! Zamknij się!
Madame czy mademoiselle?
Dziewczynę
Tęskni. Zawsze noszona na sercu. Ogrzewa. Organizuje. Opiekuje. Szopen, Bach, Beethoven, Mozart. Do kina zabiera i na wycieczkę.
Jak zostawić taką kobietę? Szklana dama. To nie cyrk. To tragedia. Zawsze w trybie gotowości, zawsze pełna możliwości.
Byle było
Z byle kim i kimkolwiek.
Byle dotknięcie, byle powąchać.
Byle zawiesić się uszami na sterczących sutkach.
Byle głos, byle szept, byle życie.
Byle tęsknota.
Zaręczyć, odręczyć. Zagadać.
Zapić.
Niech mnie prowadzi: Bóg, Honor, Ojczyzna.
Oklahoma
Siedział dokładnie w tym samym miejscu co profesor, doktor i matka z dzieckiem. Ale on był jak dziwka która mimo kojącego seplenienia mówi tylko "kazachstan" w czasie robienia loda.
Pierwsza żona - Czeszka. Była opętana. Druga to tylko syn w banku do 15,30. Dwadzieścia lat kopał piłkę, teraz nawet sam musi kupić wejściówkę. Dwa pokolenia, a on dalej w teksasach kupionych jeszcze za dolary z piłki. Te które z wódki zostały, bo czasem pić nie mógł. Ale teraz może Dwa tygodnie - cała emerytura. I ucieka, bo syn policją groził. Szwagier roślina, jednak pomaga siostrze.
-Mam coś dla nas. Nic nie poradzisz. Ktoś wypełnia, ktoś opróżnia - bełkotał, bo ręce się trzęsą, a w brzuchu gnój. -Słyszysz? Ona ciągle za mną łazi. -Nie. To tylko matka boska rzyga.
-Zapali pan? -Nie, no co ty? Całe życie ani jednego papierosa nie zapaliłem - wysyczał prze zaciśnięte zęby po ćwiartce na raz. Jakby ta cnota cały gnój w kwiaty zamieniała, życie w cud.
Każdy jest kłamcą.
Pozagryzam
Podrapałem się po brodzie, ale nic nie pomogło. Zastanawiam się czy cud życia, który patrzy na mnie z wózka zasługuje na to? Wyciąga rączkę.
Matkę bym pogryzł ale je? Takie świeże mięso? Jeszcze zdąży zasłużyć. Daruje mu życie. W końcu powinno mieć się za co umrzeć. Samo życie nie jest przestępstwem. W dodatku nieświadome.
Ciekawe czy przyjdzie taki czas, że nie będę mógł gryźć ludzi? Już dzisiaj nie mogę. Są za przykrzy, za smutni. Zniesmaczenie, zdegustowani. Taka potrawa powoduje niestrawność, zęby można połamać.
Wysiadłem z tramwaju. Idę się napić. Popatrzyć w ich bezradne korporacyjne oczy. Sąsiedzkie spojrzenia. Negocjujące życie każdego ranka.
Gdyby mnie matka słyszała. Umarła by przy każdym słowie. Mamo! Czas do nieba! Codziennie tam ląduje,dzisiaj chcę zabrać ciebie. Mamo!
Mam takie same oczy. W lustrze. Zajebiste palenie. Jeszcze bardziej puste niż tych ludzi. Ale świadome podwójnie. Nie rozmawiajmy dzisiaj, nie o tym. Bo sam nie umiem żyć, ale chce urodzić się drugi raz z tym wszystkim co już mam w głowie. Mamo?
Liberatura
Gdyby
W kurtkach, w krawatach. Na karuzeli i w kinie. To nie byłoby mu potrzebne. Ludzie nie byliby za szerocy na krzesła. Nie byłoby wolności do zmarnowania.
Nitka
Rozpatrzyliśmy się w tych samych papierosach. Rozglądamy się w tych samych kuflach. Czy zawód hutnika jest aż tak trudny, żeby nie dmuchać własnego szkła?
Handelek
Wstał i wyszedł, bo nie lubił z nimi przebywać. Z nikim nie lubił. Poszedł wydać trochę wolności. Ile kosztują cztery paczki? Ile kosztuje spokój? Gdzie jest komis z duszami?
Nie był człowiekiem i zostać nim już nie mógł. Nie można urodzić się dwa razy.
Będą
Nie czując się nawzajem.
Będą ocierać i mijać
Nie widząc zaciśniętych ust.
Jesteś miękka.
Dociskam. Kształtuje. Wylewasz się.
Zostawiam. Oddajesz. Wracasz w koryto jak rzeka.
Rebus. Że kurwa ja pierdole. To nie rebus.
Muszę głowę umyć. Nie jest taka stara, ma z 50 lat.
Wierzę w ciebie
Wierzę w coś objawił...
Twe usta mówić nie mogą.
Nie mów nic więcej, bo czar pryska.
Jaja zapłodnić. Nie wiem, nie liczyłam.
Ciii... Zostań wyidealizowana.
Codziennie
Leżeć koło Ciebie i nie dotykając można tylko nienawidzić.
Starać się zapomnieć, odsuwać myśl o wieczności.
Świecisz w ciemnościach. Nie pozwalasz zasnąć.
Łokciem zahaczyłem o Ciebie. Przepraszam.
Dlaczego tak spokojnie? Zasypiać przy Tobie. Zapach.
Głupie zwierzę ludzkie.
Kebab w cienkim cieście. Jezus w cienkim cieście w piątkowy wieczór.
Za dużo
Tam
Ściągnąć krzyże, powiesić obrazy, Zatańczyć na cmentarzysku. Wejść do baru i poustawiać krzesła na nowo. Wyrzucić stare stoliki, a przy nowych spotkać innych ludzi.
Czy oni się kochają? Czy rozmowa o delfinkach to miłość? Trzeba stworzyć im do tego przestrzeń. Bez krzyży i obrazów. Sami się ukrzyżują i będą widzieć codziennie. Pod poduszką, w lodówce, pod prysznicem. Wszędzie krzyże.
Nic nie pamiętam
Nie znam jej. Nazywam się, mieszkam.
Nie byłem tam, nie z nią. Nazywam się, mieszkam.
Nie nazywam się, nie mieszkam. Wszystko pamiętam.
Nie nazywam się, nie mieszkam. Bardzo dobrze ją poznałem.
Nie nazywam się, nie mieszkam. Tak, byłem tam z nią.
Nazywam się, nie mieszkamy.
Nie nazywam się, mieszkamy.
Odgryzłem wszystkie guziki.
Nie można
Nie ma nadziei, nie ma problemu.
Z całej magii zostało tylko: nie moja.
Puszyście szusuje po szosach sosu beszamelowego.
Być to nie bywać. Nie przypominać sobie a pamiętać.
Jak w telewizorze
Anonimowa.
Bezpiecznie bo tylko dłonie.
Bez oczu.
Ja w świetle, ty w prostokącie.
Obca kobieta.
Poprawka: pierś kobiety, dłonie i brzuch,
Za oczy wszystko bym oddał.
Przechodzą na wylot, docierają w każda część ciała.
Nie patrz tak na mnie, bo nikt jeszcze tak nie patrzył,
Anonimowa.
Po łydce cię poznałem.
Nie zmieniłaś barwy ciała. Drogi tamtych łez spokoju. Zapomniałem się zapytać, czy tam można cię dotykać? Noga, brzuch i obie ręce nie zastygły lecz ugrzęzły.
Nie popatrzysz już z tym blaskiem, nie zatopisz swymi włosy. Odwróciłaś się plecami. Tam też można cię dotykać.
Cieszę się
Jeżeli to pisze, jeżeli to czytasz, jeżeli myśl o tym jest w twojej świadomości, nie może to być tylko biologią.
Życie nie może też być czasem, ani miejscem, nie może też być osobą, choć pozwala nam się odkryć w perspektywie przemijalności, kontekstowości i braku.
Nie można poznać tajemnicy życia można tylko jej nie zniszczyć.
„Cieszę się że żyjesz.”
Przyjdzie
k.
Galopem
Koń na szpicjalnych szpiclowych nogach zamurował w ścianie coś i powiesił na tym płaszcz. Lucia przełożyła tylko zeszyty do szuflady i zajęła się gościem. Pokroiła dwa kaktusy w plasterki i zakleiła usta. Koń aż zadzwonił nogami. Z jej dłoni spływał jeszcze świeży sok, a uszy rosły jakby słoniem miała zostać. Słoń miłe zwierzę, ale Koń przekuł balon i wypuścił tym samym trochę starego. Stary Luci był inny niż ona. Zakładał tylko nogę na nogę i drapał się po dziurze w czole, którą zdążył wydrapać jeszcze z dwa lata temu.
Zapomniał wtedy ubrać kasku i odłożyć paznokcie do pudełka. Luci nie było wtedy w domu, polerowała nowe szpile Konia. Kiedy wróciła gaz był już odkręcony, a zapałka przebudzała się do rozpalenia. Wtedy pierwszy raz zakleiła usta.
Jeśli to się nie liczy
Jeśli to się nie liczy, to dlaczego tamte miały by takie nie być? Dlaczego były? Sytuacja taka wskazywała by na małą analogiczność tych prawidłowości.
W piekle zacznę w końcu dobrze działać, tak jak pan bog przykazał. Odzyskam kontrole, spokój zamienię na szczęście, pustość na tłumy ciał. Małe to by było wyzwanie jeśli by nie przerastało się w ciągłośc, powtarzalność, nurt z suchą wodą i bez brzegów.
Wtapia się takie gówno w ciało i staje się jego częścią. Zabić nie można, bo jak niby trupa?
Dzisiaj
Było tak smutno
Było tak smutno, że w oknach sąsiedniego bloku, nie skończonego jeszcze, widać było rzygające betonem ptaki, wszystkie kafki wróble kanarki. Całe miasto wydalało z siebie tony szarej masy, a ta zastygając na mnie, paraliżowała każdy mój ruch. Czekałem na spotkanie, które musiało nadejść, a czas nieznośnie odwlekał tą chwile, oby tak do wieczność.
Czułem, że przyjdzie z ziarnem piasku schowanym za plecami, które roztrzaska mnie w drobny mak. Rzuci w najmniej spodziewanej chwili.
Szumi wszystko dookoła, pompy, radia, szpachle, zacierają nierówności, każdy chce gładką dupę mieć. Nie zostanę tu, nie mogę, nie chce. Musze spuścić powietrze z materaca, nie pale, za dużo.
Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że drugi raz tu zostaje, wydaje się, że już na zawsze. Zapomniałem iść spać. Zasnąłem.
Uciekłem, przestraszyłem się. Ale już po. Musiałem wstać, przyjąć to na klate. Ona nie ma sumienia, łapałem wszystkie sznurki, ale są za daleko. Przecież to nie zdrowe. Galerianki przy tym to cnotki. 22 lata, kamienica, beta, nie jestem kurwą.
Wypiłam 4 piwa, whisky, no i wóde. Wypiłam z nimi, poszłam do frantika, byłam już troche cyknieta, menadzer chciał mnie przejebać. Wszyscy namawiali mnie na seks. Dobrze ze złapał butelke.Zdziwiło mnie
Zdziwiło mnie, że zakręcenie butelki wcale nie spowodowało zaprzestania kapania wody z kranu. Mały palec ześlizgiwał się po etykiecie, kiedy nagle coś rozbłysło po prawej stronie. Nie wiem tylko czyjej. Kabina wydawała się jęczeć, ale już bez jakiejkolwiek nadziei.
Pod ręcznikiem nagle zrobiło się tak ciepło, że nie musiałem się już stamtąd ruszać. Nie powinienem był tu w ogóle przychodzić, a teraz w dodatku należało by wyjść jak najszybciej.
Czy da się to ubrać w jakiś kształt? Zamienić przedmioty rolami na słowo? Zapomniałem już ich wachlarz. Czary mary, siedem w przód, dwa po skosie. Nie ma nadziei najmniejszej na zmianę.
To tak jak z Bobem. Tak się zamykał i wkładał, że się w końcu skończył. Czy miał do tego prawo? Cel miał? Boba i tak nie ma.W pociągu
W pociągu. Pani ciągnie pana, pan panią. Wszystkie fotele poobdzierane, kible zatkane. Nie znają się jeszcze za dobrze. I toczy się to po tych starych szynach, zatrzymując się co chwilę. Ona daje jemu, on nie odmawia. Albo za ciepło, albo za gorąco. Zamykają się dopiero po otwarciu. Na nogach szybciej bym doszedł niż tym składem. Wszystko się kończy pani skończy pana, a pan... Dworce też nie robią wrażenia, byle wsiąść do następnego pociągu i zębów nie zgubić. Pani ciągnie pana, pan się zaciąga. Koleje.
Bądź błogosławiona
Bądź błogosławiona córko syna Jana. Zapisz zgrzytanie i obmyśl oddanie.
Jana syna córko błogosławiona bądź. Wspomnij kochanie i odkup wyznanie.
Syna błogosławiona córko bądź Jana.
Zapukała
Zapukała. Otworzyłem. Nie było nic łatwiejszego niż wejść do cudzego domu. Zza ściany dochodził tak przeraźliwy pisk, że na moment zapomniałem o irytacji, w jaką wprawiło mnie to najście. Na plecach coś tak dziwnie ściągało, a twarz rozpływała mi się w ziemistej barwie.
Nie pytała dlaczego nie telefonowałem, dlaczego nic nie zrobiłem. Stanęła przede mną i spytała czy nie potrzeba mi mleka. To wprawiło mnie w jeszcze większe osłupienie, skoro nie rozmawialiśmy od miesiąca.
Jedno oko nagle odzyskało sprawności i sprawdzało czy to co się przed chwila tu wydarzyło naprawdę miało miejsce. Nic na to nie wskazywało. Drugie oko wdzięczne za ta chwile więcej odpoczynku nie protestowało przed konsultacją. Gdy w końcu na własne oba oczy zobaczyłem, ze tak jest nie miałem wątpliwości. Tego nie było.
Nie wiedziałem tylko dlaczego coś tak strasznie przygniata mi rękę. Odwróciłem się, to była znowu ona. Naga w rozbieganej pozycji. Przesunęła się tylko lekko gdy wyciągałem rękę spod jej biodra.
Na świecie nie było chyba nic jaśniejszego niż to słonce.