Galopem

Galopem z chórem przez różową dolinę. Ścigając smoka z coca-coli. Spinam ostrogami konia. Zaszyty bez najmniejszych wątpliwości, z numerkiem przy nodze. Jak koszula z pralni do przebrania i wyprania. Rappa pa paparaos. Ramambahara mamba rous.

Koń na szpicjalnych szpiclowych nogach zamurował w ścianie coś i powiesił na tym płaszcz. Lucia przełożyła tylko zeszyty do szuflady i zajęła się gościem. Pokroiła dwa kaktusy w plasterki i zakleiła usta. Koń aż zadzwonił nogami. Z jej dłoni spływał jeszcze świeży sok, a uszy rosły jakby słoniem miała zostać. Słoń miłe zwierzę, ale Koń przekuł balon i wypuścił tym samym trochę starego. Stary Luci był inny niż ona. Zakładał tylko nogę na nogę i drapał się po dziurze w czole, którą zdążył wydrapać jeszcze z dwa lata temu.

Zapomniał wtedy ubrać kasku i odłożyć paznokcie do pudełka. Luci nie było wtedy w domu, polerowała nowe szpile Konia. Kiedy wróciła gaz był już odkręcony, a zapałka przebudzała się do rozpalenia. Wtedy pierwszy raz zakleiła usta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz