Nabrałem powietrza. Dużo, aż nos zabolał. Teraz spokojnie zagryze ludzi w tramwaju. Poprzegryzam im tętnice, jelita. W imię idei czystości.
Podrapałem się po brodzie, ale nic nie pomogło. Zastanawiam się czy cud życia, który patrzy na mnie z wózka zasługuje na to? Wyciąga rączkę.
Matkę bym pogryzł ale je? Takie świeże mięso? Jeszcze zdąży zasłużyć. Daruje mu życie. W końcu powinno mieć się za co umrzeć. Samo życie nie jest przestępstwem. W dodatku nieświadome.
Ciekawe czy przyjdzie taki czas, że nie będę mógł gryźć ludzi? Już dzisiaj nie mogę. Są za przykrzy, za smutni. Zniesmaczenie, zdegustowani. Taka potrawa powoduje niestrawność, zęby można połamać.
Wysiadłem z tramwaju. Idę się napić. Popatrzyć w ich bezradne korporacyjne oczy. Sąsiedzkie spojrzenia. Negocjujące życie każdego ranka.
Gdyby mnie matka słyszała. Umarła by przy każdym słowie. Mamo! Czas do nieba! Codziennie tam ląduje,dzisiaj chcę zabrać ciebie. Mamo!
Mam takie same oczy. W lustrze. Zajebiste palenie. Jeszcze bardziej puste niż tych ludzi. Ale świadome podwójnie. Nie rozmawiajmy dzisiaj, nie o tym. Bo sam nie umiem żyć, ale chce urodzić się drugi raz z tym wszystkim co już mam w głowie. Mamo?
Liberatura
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz